wtorek, 26 września 2017

TOUBKAL cz.2


Przewracam się z boku na bok. Sprawdzam godzinę jest 1.30, do pobudki jeszcze trochę zostało. Jest mi bardzo ciepło (o dziwo!). Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się zasnąć. Ale nie jest to taki proste. W końcu dzwoni budzik. Jest czwarta rano. Pora wstać, zrobić poranną toaletę, zjeść schroniskowe śniadanko i ruszać w drogę. Patrzymy za okno, a tam wygląda jakby leżał śnieg. O nie! Czy to oznacza, że nie zdobędziemy szczytu? Tak, to ja się nie bawię. Nie po to tutaj przyczłapałam. Czuje się zniechęcona, ale nie poddaje się. Może mimo to uda się wejść? Karol idzie sprawdzić co się dzieje na zewnątrz. Całe szczęście, okazuje się, że śniegu nie ma! To tylko kolory skał i otoczenia stwarzały takie złudzenie. Podczas posiłku spotykamy się ze wszystkimi Polakami, którzy mają nam towarzyszyć. Przewodnik już na nas czeka.

Wychodzimy na dwór. Ciemność nas otacza. Mrok zupełny. Po prostu środek nocy. O takiej godzinie jeszcze mi się nie zdarzyło chodzić po górach – jakichkolwiek. Zapalamy czołówki i ruszamy przed siebie. W rezultacie tylko dwójka Polaków jest z nami. Pozostała czwórka nie mogła się doczekać i ruszyła z 15 minut przed nami. Początkowo idziemy ścieżką, aż tu nagle natrafiamy na kamienie i głazy pnące się stromo w górę. Na początku pomyślałam, że przewodnik robi sobie z nas żarty, ale jednak nie. Tędy biegnie nasza droga (bo ciężko nazwać to szlakiem). Wybranie dobrej ścieżki nie jest zbyt oczywiste, a nasz pilot znowu robi spore odstępy. Bardzo osobliwa trasa, w dodatku zupełnie po ciemku, jedynie ze światłami latarek. Po chwili zauważamy, że za nami jeszcze ktoś podąża. W dodatku nie ma żadnego oświetlenie, co nie jest zbyt rozsądne w tych warunkach. Zapraszam dziewczynę, żeby dołączyła do nas, tak będzie milej i bezpieczniej dla niej. Nowa znajoma pochodzi z Japonii i ma na imię Harumi. Około 5.30 przewodnik czeka na nas i informuje nas, że źle się czuje i wraca do schroniska (what the fuck?!). Ale zaraz nam załatwi kogoś innego. Kiedy mija nas trzyosobowa grupa, Mahmed zagaduje ich przewodnika po arabsku. Mówi nam, że wszystko jest dogadane i możemy iść z nimi. Oddaje nam swoje kijki, życzy powodzenia i rusza w drogę powrotną. My nie mając zbyt dużego wyboru podążamy za Szwajcarami. Już po kilku minutach okazuje się, że nie dajemy rady utrzymać ich tempa. Zasuwają skubani. Jak się później okazuje, są doświadczonymi alpinistami. Nic dziwnego, że my nie potrafimy się tak szybko wspinać. Wychodzi na to, że zostajemy sami. Na środku góry kamieni z otaczającą nas dookoła ciemnością. Jest z nami też Harumi. Jesteśmy wściekli na Mahmeda, mimo to kontynuujemy wyprawę na szczyt.

Krok po kroku wspinamy się pod górę. Idzie nam to dosyć mozolnie. Przy ledwo wstającym dniu, pośród kupy kamieni, wybieramy niewłaściwą drogę. Okazuje się to kiedy dogania nas grupa innych wędrowców i ich przewodnik pokazuje nam którędy powinniśmy iść. Wreszcie kończą się kamienie i zaczyna nieco łatwiejsza część drogi, do tego jest już jasno. Trasa staje się dużo przyjemniejsza. Powolutku jesteśmy coraz wyżej. Robi się cieplej, bo słońce wychodzi zza gór i nas ogrzewa.

Docieramy na szczyt! 4167mnpm zdobyte! Hura!! Cóż za radość. Zrobiliśmy to! Udało się. Jest po prostu wspaniale. Super! Nie da się tego inaczej określić. Bardzo mi się to uczucie podoba. Od razu nabieram ochoty na kolejne wyzwanie. Najlepiej wyższe. Trzeba znaleźć jakiś fajny szczyt do zdobycia. Pomimo entuzjazmu czas na odpoczynek i zdjęcia. Jakie tutaj są widoki. Przepiękne! Niestety z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu nie wzięliśmy ze sobą nic do jedzenia. Mamy jedynie po żelu energetycznym, które dostaliśmy po drodze od naszych znajomych z Polski. Posilamy się jedynymi zapasami jakie posiadamy. Chwila lenistwa. Tylko chwila, bo czas nagli. A tak by się chciało posiedzieć tutaj dłużej. Nacieszyć oczy otaczającymi górami, chmurami. Niebem prawie na wyciągnięcie ręki. Ale…Dzisiaj musimy nie tylko dotrzeć do schroniska, ale jeszcze dalej do Imlil. A już wspinanie zajęło nam dużo więcej niż się spodziewaliśmy.

Tak teraz schodzimy. To miała być ta łatwiejsza część. Tylko miała… To znaczy dla mięśni na pewno jest lżej, idziemy też szybciej. Jednak dla mnie w tę stronę jest dużo mniej komfortowo. W różnych miejscach się ślizgam, tracę równowagę. Nie podoba mi się. Denerwuje mnie ten brak stabilności pod stopami, świadomość, że w każdej chwili mogę się przewrócić. Wydaje mi się, że też z tego powodu się spinam i trudniej mi się schodzi. Powoli zaczyna wkradać się zmęczenie, brak jedzenie też robi swoje (ale z nas głupki nie ma co – nauczka na przyszłość). Mozolimy się dalej na dół. W reszcie docieramy do schroniska. Nasz przewodnik wita nas z szerokim uśmiechem. Pyta nas jak było itp. Itd. Mówi, że trochę odpoczniemy i zaraz ruszamy. Co za tupet! Spławiamy go. Sami sobie poradzimy do Imlil. Człowiek jest po prostu bezczelny i nieodpowiedzialny. Jak tylko dotrzemy do biura zażądamy zwrotu pieniędzy za niego. Jestem głodna, nawet bardzo i muszę chwilę odpocząć. Kupujemy w sklepiku jakieś słodycze, przepakowujemy plecaki i dalej. Komu w drogę temu czas.

Idziemy i idziemy i idziemy…. Idziemy noga za nogą. Idziemy. Trzeba przyznać, że tutaj schodzi się bardzo łatwo. Ale nam się śpieszy, więc całkiem, całkiem zasuwamy do przodu. Mamy jakieś 15km do przejścia. Mam już szczerze dosyć. Kiedy wreszcie będzie koniec? Kiedy? Zatrzymujemy się na popas u tego samego pana co w drodze pod górę. Ucinamy sobie miłą pogawędkę, zbieramy siły i cóż lecimy dalej. Po drodze spotykamy przewodnika imieniem Ibrahim, który pomaga nam załatwić telefonicznie sprawy z biurem i wyjaśnia co zaszło z Mahmedem. Coraz bliżej do mety. Jeszcze tylko troszeczkę. W końcu docieramy do Imlil. Wyczerpani, ale cali i zdrowi. Jest po 20. Cały dzień intensywnego marszu i wspinania się. Ponad 15 godzin w ciągłym, bardzo wymagającym ruchu. Po kilku przebojach w biurze przewodników udaje nam się odzyskać nasze pieniądze i złożyć skargę na nieodpowiedzialnego Mahmeda. Jeden z pracowników, za niemałą opłatą, odwozi nas do Marakeszu.

>

>

>

piątek, 22 września 2017

TOUBKAL cz.1


Czas zabrać się za Toubkal. W tym celu łapiemy taksówkę i jedziemy do Imlil. W miasteczku musimy znaleźć biuro, w którym zarezerwowaliśmy sobie przewodnika. Jako że żadni z nas doświadczeni alpiniści doszliśmy do wniosku, że pomoc kompetentnej osoby przy wchodzeniu na górę o wysokości ponad 4000 metrów może być całkiem użyteczna. Czekając na naszego przewodnika pijemy herbatkę z pracownikiem biura. Po niedługiej chwili dołącza do nas młody mężczyzna imieniem Mahmed, który będzie nas prowadził po szlaku. Pierwszy etap, to przejście z miasteczka Imlil do schroniska Les Mouflons. Mamy do pokonania około 1400m wzwyż na odcinku jakiś 14km. Wyruszamy. Idziemy spokojnym tempem, pokonując łagodne, ale zdecydowanie odczuwalne wzniesienia. Nasz przewodnik cały czas jest jakieś 100m przed nami, co prawda zatrzymuje się wtedy, kiedy my to robimy, ale rusza dokładnie w tym samym momencie nie dając możliwości dołączenia do niego. A szkoda, bo czasem człowiek chciałby o coś zapytać albo posłuchać jakiś historii związanych z miejscem gdzie się znajduje. Mimo wszystko nie przejmujemy się tym nadmiernie. Widoki są piękne, droga zajmująca. Często mijają nas ludzie z mułami, jako tragarzami lub przewoźnikami turystów lub sami jadący na tych zwierzętach. Pozdrawiamy się z mijanymi wędrowcami. Cieszymy oczy otaczającą nas przyrodą. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymujemy się na popas. Po początkowym nieporozumieniu z właścicielem przydrożnego baru, zamawiamy u niego obiad i oczywiście dzbanek miętowej herbaty. Pan okazuje się przesympatycznym człowiekiem. Z pewnością gdyby tylko czas nam pozwolił zostalibyśmy dłużej i porozmawiali z panem na ciekawe tematy.

Po najedzeniu się kontynuujemy nasz trekking. Nasz przewodnik po krótkim czasie znowu zostawia nas w tyle. Jednak my niewiele sobie z tego robiąc idziemy swoim (dosyć wolnym) marszem. Ok, w zasadzie nas to trochę irytuje, tym bardziej, że kilkukrotnie prosiliśmy go żeby na nas zaczekał. Powoli też zaczyna dawać się we znaki zmęczenie, w końcu idziemy od dobrych kilku godzin, pnąc się pod górę. Nie odbiera nam to okazji do podziwiania kóz pasących się na zboczach gór. Kóz dużych i małych, czarnych i biszkoptowych, włochatych i takich niekoniecznie. Kóz, które bezustannie meczą. I to tak, że jak słychać je z oddali, to wydaje się jakby dziecko przeraźliwie płakało. I muły. Różnie umaszczone, niosące najrozmaitsze pakunki, turystów i tubylców w towarzystwie raz mniej raz bardziej sympatycznych opiekunów.

Wreszcie, po około sześciu godzinnej wędrówce, docieramy do schroniska. Znajduje się ono na wysokości 3207mnpm. Tutaj spędzimy noc. Trochę obawiamy się czy nie będzie zimno, bo temperatura w nocy ma spaść poniżej 10 stopni, a budynek nie jest ogrzewany. Meldujemy się w schronisku, rozkładamy swoje rzeczy na łóżkach i oglądamy miejsce, w którym nam będzie spędzić noc.

Przed budynkiem spotykamy czteroosobową grupę Polaków, ojca z synem i parę. Jak się okazuje, podobno nawet lecieliśmy tym samym samolotem. Ale mówiąc szczerze ja ludzi nie kojarzę. Oni zamiast w dormitorium rozbijają się na polu namiotowym należącym do schroniska – tym to dopiero może być zimno. Po tarasie kręci się starszy pan, osiemdziesięciolatek, Polak. Opowiada o swoich przychodach w górach, tutaj oczywiście wybrał się żeby zdobyć czterotysięcznik. (Czy w końcu wszedł na szczyt tego nie wiemy). Zaprzyjaźniamy się z grupką rodaków, wspólnie jemy kolację i żartujemy. Podano nam bardzo smaczną zupę z ciecierzycy (aż musiałam sprawdzić z której –icy , bo rzadko jadam i mylą mi się te nasionka), a na drugie standardowo tadżin. W korytarzu poznajemy kolejn dwójkę Polaków, którzy chcą się dołączyć do naszego ataku na szczyt Toubkala. Po posiłku, nie ma wyjścia, trzeba iść spać. Nasz przewodnik zarządził wymarsz o 4.45 – o matko, przecież to nieludzka godzina – zatem wstać musimy o 4. W tak zwanym między czasie okazuje się, że nasi nowi „namiotowi” znajomi nie sprawdzili wcześniej trasy, więc postanawiają również ruszyć z nami przed piątą, aby jeszcze przed świtem (czytaj ciemną nocą) zacząć wspinaczkę.



czwartek, 21 września 2017

Marakesz


Dojechaliśmy do Marakeszu. Poznawanie miasta trzeba zacząć od znalezienia noclegu. Zajrzeliśmy do kilku riad, ale w miarę szybko zdecydowaliśmy się na Jnane. Jeśli zastanawiacie się co to jest riad, to jest to rodzaj marokańskiego domu z patio w środku. Wiele z nich zostało zamienionych na pensjonaty. Zazwyczaj ma on dość kameralną atmosferę, kilka pokojów do wynajęcia, często jakąś wspólną przestrzeń na dachu i restaurację. Po odświeżniu się i krótkim odpoczynku lecimy coś zjeść. Jest to w zasadzie nasz pierwszy prawdziwy posiłek w Maroku. Decydujemy się żeby zjeść coś tradycyjnego. Karol wybiera tagine (tadżin) – jest to potrawa przygotowywana w glinianym naczyniu o takiej samej nazwie, może być mięsna lub wegetariańska. Ja postanowiłam wziąć kuskus. O ile posiłek był naprawdę tani, o tyle mi nie smakował. Zarówno mój jak i Karola. Jemu też chyba nie przypadł do gustu obiad. Poczułam się rozczarowana. Pomyślałam sobie, że jak wszystkie dania będą tak smakować, to prawdopodobnie będę podczas tych wakacji chodzić głodna. No ale nic, nie ma co się rozczulać. Czas ruszać dalej.

Ogród Jardin Majorelle. Stworzył go francuski malarz Jacques Majorelle. Sprowadzał egzotyczne gatunki roślin, tworząc piękne kompozycje. Ogród był zawsze otwarty dla odwiedzających i wzbudzał w nich zachwyt. Niestety po śmierci malarza ogród został zaniedbany. Do czasu, kiedy odwiedził go Yves Sant Laurent i się w nim zakochał. Wówczas odkupił ogrody, odnowił je, sprowadził nowe gatunki roślin. YSL przywrócił dawną świetność temu miejscu.

Faktycznie ogród bardzo ładny, dużo różnorodnej egzotycznej roślinności, ścieżki i alejki biegnące w wielu kierunkach, oczka wodne, mozaiki na ścianach budynków. Wszystko ładnie, pięknie, ale… No właśnie pojawia się jakieś ale. Chyba po prostu po przeczytaniu tych wszystkich recenzji w internecie i przewodniku spodziewałam się czegoś więcej. Do tego w połowie zwiedzania dopadł mnie jakiś zły nastrój i tylko burczałam na wszystko (może głód? ;) ). Na szczęście w miarę szybko mi przeszło. Ruszyliśmy zatem dalej.

Teraz naszym celem właściwie było załatwienie kilku spraw organizacyjnych. Potrzebowaliśmy znaleźć jakieś biuro podróży, żeby zabukować sobie wycieczkę na pustynię. Po paru nieudanych próbach – albo brak biura w miejscu gdzie być powinno, albo niekompetentna i niesympatyczna obsługa – trafiamy do miejsca, która nam odpowiada. W dodatku udało się kupić wyjazd za znacznie niższą cenę niż u konkurencji – hura!! Dostaliśmy się do tego biura w dużej mierze dzięki „bardzo pomocnemu” panu. Pan pomocnik, kiedy zobaczył nas na drodze do suku (ichniejszego targowiska), zaproponował, że pokaże nam najkrótszą drogę do celu. W tak zwanym międzyczasie okazało się, że jednak prowadzi nas gdzie indziej niż byśmy chcieli. Mimo że próbowaliśmy się jakoś od niego oderwać nie udało nam się. W końcu jednak nas zaprowadził w miejsce, do którego chcieliśmy trafić (po nadłożeniu całkiem sporego kawałka drogi). Kiedy podziękowaliśmy mu za pomoc (pomoc…?), cały czas twierdził, że to żaden problem itp., poprosił o kasę. W momencie kiedy nie chcieliśmy mu dać, błyskawicznie zrobił się niemiły. Wręcz arogancki i butny. W końcu jak Karol dał mu jakieś marokańskie drobne żeby się odczepił, to jeszcze był oburzony, że nie dostał euro i w ogóle co tak mało. Na szczęście poszedł sobie, a my byliśmy wolni.

Kiedy wychodzimy z biura podróży, jest już w zasadzie późno. Nie mamy czasu oglądać tych wszystkich dobroci znajdujących się na suku. Ceramiki wszelkiego rodzaju – od tadżinów z załączonym podgrzewaczem, po łyżeczki do herbaty, koszule z ornamentowymi zdobieniami, suknie, buty, kapcie, lampy, torebki, poduszki, magnesy, breloczki, słodycze, owoce, warzywa. Czas coś zjeść i wracac do hotelu. Wybieramy restaurację z tarasem na dachu. Mamy widok na główny plac Marakeszu Jamal Fna, który o tej godzinie jest już bardzo zatłoczony, ruchliwy i gwarny. Zamawiamy jedzonko. Tym razem wybieram tadżin. Wołowina z suszonymi śliwkami i prażonymi migdałami. Po wcześniejszych przygodach trochę się obawiam tego, co dostanę. Kiedy podają danie, okazuje się, że jeszcze istotnym składnikiem jest cynamon. Całe szczęście potrawa tym razem jest przepyszna, po prostu niebo w gębie! Mniam…mniam… Na pewno zrobię coś podobnego po powrocie do domu. Delicja. Po kolacji czas wracać do riadu na odpoczynek. Trzeba mieć siłę następnego dnia na podbój gór Atlasu.



MAROKO


Jeszcze na lotnisku w Polsce zaczepia nas hostessa promująca wycieczki w Maroku z polskojęzycznym przewodnikiem – Ibrahimem, Marokańczykiem, dostajemy od niej ulotkę. Po chwili pochodzi do nas para mniej więcej w naszym wieku i proponuje nam wspólną taksówkę z lotniska w Agadirze do hotelu (opcja tańsza, bo w duża taksówka dzieli koszty na więcej osób), załatwiają wszystko i dzięki temu mamy załatwiony transport po wylądowaniu.

Lądujemy wieczorem w Maroku i bez problemu znajdujemy Ibrahima, który stoi przed lotniskiem z dużym transparentem All Maroko (nazwa jego firmy), jednak chwilę zajmuje zebranie wszystkich osób mających jechać busem – dosyć duża kolejka do odprawy, a zatem dla niektórych długi czas oczekiwania. W końcu jednak jesteśmy wszyscy i ruszamy do hotelu.

Po drodze okazuje się, że para, która zaproponowała nam transport (Karol i jego dziewczyna – nie pamiętam imienia), nie ma noclegu w hotelu, a wynajęła sobie lokum przez airbandb, co jest odrobinę problematyczne, ponieważ kierowca nie od razu może znaleźć wskazaną lokalizację. Ponadto, kiedy się zatrzymujemy nikt na nich nie czeka (z kontekstu sytuacji zrozumiałam, że chłopak, od którego wynajmują miał na nich czekać), więc Ibrahim z nimi wysiada i czeka. Po dłuższej chwili podjeżdża za nami samochód, po czym Ibrahim każe kierowcy odjechać, a sam zostaje z parą oczekującą swojego gospodarza. W tej sytuacji my odjeżdżamy, jest dość późno około 23 na pewno i ciemno, robimy kółko, chwilę odczekujemy i wracamy. Nie wiem o co chodziło, ale było to dość osobliwe. W końcu host naszych znajomych zjawia się z całą rodziną i możemy spokojnie zostać odwiezieni do swoich hoteli.

W Agadirze spędzamy właściwie tylko noc, rano łapiąc taksówkę na dworzec autobusowy, tam kupujemy bilety do Marakeszu i jemy śniadanie. To własnie tutaj mamy pierwsze doświadczenia z maroccan whiskey. Co alkohol na śniadanie?! Nie nie, otóż, to żaden alkohol. To marokańska herbata. A dokładniej zaparzona mięta. Kelner zapytał nas czy chcemy z cukrem czy bez, więc standardowo odpowiadam, że nie, przecież nie lubię herbaty z cukrem. I to był błąd, nie była zbyt smaczna (kto wie, ten wie, że ja raczej nie przepadam za gorącą mietą), na szczęście Karol wziął z cukrem i to był zdecydowanie lepszy wybór. Okazuje się bowiem, że Marokańczycy piją tą herbatę z cukrem, z dużą ilością cukru, można wręcz ją określić ulepkiem. I taka wersja o dziwo mi smakuje. Piję ją prawie codziennie w Maroku i zdecydowanie chętnie ją wybieram spośród innych napojów, jakkolwiek czasami mam potrzebę popicia jej później wodą.