Jeszcze na lotnisku w Polsce zaczepia nas hostessa promująca wycieczki w Maroku z polskojęzycznym przewodnikiem – Ibrahimem, Marokańczykiem, dostajemy od niej ulotkę. Po chwili pochodzi do nas para mniej więcej w naszym wieku i proponuje nam wspólną taksówkę z lotniska w Agadirze do hotelu (opcja tańsza, bo w duża taksówka dzieli koszty na więcej osób), załatwiają wszystko i dzięki temu mamy załatwiony transport po wylądowaniu.
Lądujemy wieczorem w Maroku i bez problemu znajdujemy Ibrahima, który stoi przed lotniskiem z dużym transparentem All Maroko (nazwa jego firmy), jednak chwilę zajmuje zebranie wszystkich osób mających jechać busem – dosyć duża kolejka do odprawy, a zatem dla niektórych długi czas oczekiwania. W końcu jednak jesteśmy wszyscy i ruszamy do hotelu.
Po drodze okazuje się, że para, która zaproponowała nam transport (Karol i jego dziewczyna – nie pamiętam imienia), nie ma noclegu w hotelu, a wynajęła sobie lokum przez airbandb, co jest odrobinę problematyczne, ponieważ kierowca nie od razu może znaleźć wskazaną lokalizację. Ponadto, kiedy się zatrzymujemy nikt na nich nie czeka (z kontekstu sytuacji zrozumiałam, że chłopak, od którego wynajmują miał na nich czekać), więc Ibrahim z nimi wysiada i czeka. Po dłuższej chwili podjeżdża za nami samochód, po czym Ibrahim każe kierowcy odjechać, a sam zostaje z parą oczekującą swojego gospodarza. W tej sytuacji my odjeżdżamy, jest dość późno około 23 na pewno i ciemno, robimy kółko, chwilę odczekujemy i wracamy. Nie wiem o co chodziło, ale było to dość osobliwe. W końcu host naszych znajomych zjawia się z całą rodziną i możemy spokojnie zostać odwiezieni do swoich hoteli.
W Agadirze spędzamy właściwie tylko noc, rano łapiąc taksówkę na dworzec autobusowy, tam kupujemy bilety do Marakeszu i jemy śniadanie. To własnie tutaj mamy pierwsze doświadczenia z maroccan whiskey. Co alkohol na śniadanie?! Nie nie, otóż, to żaden alkohol. To marokańska herbata. A dokładniej zaparzona mięta. Kelner zapytał nas czy chcemy z cukrem czy bez, więc standardowo odpowiadam, że nie, przecież nie lubię herbaty z cukrem. I to był błąd, nie była zbyt smaczna (kto wie, ten wie, że ja raczej nie przepadam za gorącą mietą), na szczęście Karol wziął z cukrem i to był zdecydowanie lepszy wybór. Okazuje się bowiem, że Marokańczycy piją tą herbatę z cukrem, z dużą ilością cukru, można wręcz ją określić ulepkiem. I taka wersja o dziwo mi smakuje. Piję ją prawie codziennie w Maroku i zdecydowanie chętnie ją wybieram spośród innych napojów, jakkolwiek czasami mam potrzebę popicia jej później wodą.
czwartek, 21 września 2017
MAROKO
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz