Przewracam się z boku na bok. Sprawdzam godzinę jest 1.30, do pobudki jeszcze trochę zostało. Jest mi bardzo ciepło (o dziwo!). Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się zasnąć. Ale nie jest to taki proste. W końcu dzwoni budzik. Jest czwarta rano. Pora wstać, zrobić poranną toaletę, zjeść schroniskowe śniadanko i ruszać w drogę. Patrzymy za okno, a tam wygląda jakby leżał śnieg. O nie! Czy to oznacza, że nie zdobędziemy szczytu? Tak, to ja się nie bawię. Nie po to tutaj przyczłapałam. Czuje się zniechęcona, ale nie poddaje się. Może mimo to uda się wejść? Karol idzie sprawdzić co się dzieje na zewnątrz. Całe szczęście, okazuje się, że śniegu nie ma! To tylko kolory skał i otoczenia stwarzały takie złudzenie. Podczas posiłku spotykamy się ze wszystkimi Polakami, którzy mają nam towarzyszyć. Przewodnik już na nas czeka.
Wychodzimy na dwór. Ciemność nas otacza. Mrok zupełny. Po prostu środek nocy. O takiej godzinie jeszcze mi się nie zdarzyło chodzić po górach – jakichkolwiek. Zapalamy czołówki i ruszamy przed siebie. W rezultacie tylko dwójka Polaków jest z nami. Pozostała czwórka nie mogła się doczekać i ruszyła z 15 minut przed nami. Początkowo idziemy ścieżką, aż tu nagle natrafiamy na kamienie i głazy pnące się stromo w górę. Na początku pomyślałam, że przewodnik robi sobie z nas żarty, ale jednak nie. Tędy biegnie nasza droga (bo ciężko nazwać to szlakiem). Wybranie dobrej ścieżki nie jest zbyt oczywiste, a nasz pilot znowu robi spore odstępy. Bardzo osobliwa trasa, w dodatku zupełnie po ciemku, jedynie ze światłami latarek. Po chwili zauważamy, że za nami jeszcze ktoś podąża. W dodatku nie ma żadnego oświetlenie, co nie jest zbyt rozsądne w tych warunkach. Zapraszam dziewczynę, żeby dołączyła do nas, tak będzie milej i bezpieczniej dla niej. Nowa znajoma pochodzi z Japonii i ma na imię Harumi. Około 5.30 przewodnik czeka na nas i informuje nas, że źle się czuje i wraca do schroniska (what the fuck?!). Ale zaraz nam załatwi kogoś innego. Kiedy mija nas trzyosobowa grupa, Mahmed zagaduje ich przewodnika po arabsku. Mówi nam, że wszystko jest dogadane i możemy iść z nimi. Oddaje nam swoje kijki, życzy powodzenia i rusza w drogę powrotną. My nie mając zbyt dużego wyboru podążamy za Szwajcarami. Już po kilku minutach okazuje się, że nie dajemy rady utrzymać ich tempa. Zasuwają skubani. Jak się później okazuje, są doświadczonymi alpinistami. Nic dziwnego, że my nie potrafimy się tak szybko wspinać. Wychodzi na to, że zostajemy sami. Na środku góry kamieni z otaczającą nas dookoła ciemnością. Jest z nami też Harumi. Jesteśmy wściekli na Mahmeda, mimo to kontynuujemy wyprawę na szczyt.
Krok po kroku wspinamy się pod górę. Idzie nam to dosyć mozolnie. Przy ledwo wstającym dniu, pośród kupy kamieni, wybieramy niewłaściwą drogę. Okazuje się to kiedy dogania nas grupa innych wędrowców i ich przewodnik pokazuje nam którędy powinniśmy iść. Wreszcie kończą się kamienie i zaczyna nieco łatwiejsza część drogi, do tego jest już jasno. Trasa staje się dużo przyjemniejsza. Powolutku jesteśmy coraz wyżej. Robi się cieplej, bo słońce wychodzi zza gór i nas ogrzewa.
Docieramy na szczyt! 4167mnpm zdobyte! Hura!! Cóż za radość. Zrobiliśmy to! Udało się. Jest po prostu wspaniale. Super! Nie da się tego inaczej określić. Bardzo mi się to uczucie podoba. Od razu nabieram ochoty na kolejne wyzwanie. Najlepiej wyższe. Trzeba znaleźć jakiś fajny szczyt do zdobycia. Pomimo entuzjazmu czas na odpoczynek i zdjęcia. Jakie tutaj są widoki. Przepiękne! Niestety z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu nie wzięliśmy ze sobą nic do jedzenia. Mamy jedynie po żelu energetycznym, które dostaliśmy po drodze od naszych znajomych z Polski. Posilamy się jedynymi zapasami jakie posiadamy. Chwila lenistwa. Tylko chwila, bo czas nagli. A tak by się chciało posiedzieć tutaj dłużej. Nacieszyć oczy otaczającymi górami, chmurami. Niebem prawie na wyciągnięcie ręki. Ale…Dzisiaj musimy nie tylko dotrzeć do schroniska, ale jeszcze dalej do Imlil. A już wspinanie zajęło nam dużo więcej niż się spodziewaliśmy.
Tak teraz schodzimy. To miała być ta łatwiejsza część. Tylko miała… To znaczy dla mięśni na pewno jest lżej, idziemy też szybciej. Jednak dla mnie w tę stronę jest dużo mniej komfortowo. W różnych miejscach się ślizgam, tracę równowagę. Nie podoba mi się. Denerwuje mnie ten brak stabilności pod stopami, świadomość, że w każdej chwili mogę się przewrócić. Wydaje mi się, że też z tego powodu się spinam i trudniej mi się schodzi. Powoli zaczyna wkradać się zmęczenie, brak jedzenie też robi swoje (ale z nas głupki nie ma co – nauczka na przyszłość). Mozolimy się dalej na dół. W reszcie docieramy do schroniska. Nasz przewodnik wita nas z szerokim uśmiechem. Pyta nas jak było itp. Itd. Mówi, że trochę odpoczniemy i zaraz ruszamy. Co za tupet! Spławiamy go. Sami sobie poradzimy do Imlil. Człowiek jest po prostu bezczelny i nieodpowiedzialny. Jak tylko dotrzemy do biura zażądamy zwrotu pieniędzy za niego. Jestem głodna, nawet bardzo i muszę chwilę odpocząć. Kupujemy w sklepiku jakieś słodycze, przepakowujemy plecaki i dalej. Komu w drogę temu czas.
Idziemy i idziemy i idziemy…. Idziemy noga za nogą. Idziemy. Trzeba przyznać, że tutaj schodzi się bardzo łatwo. Ale nam się śpieszy, więc całkiem, całkiem zasuwamy do przodu. Mamy jakieś 15km do przejścia. Mam już szczerze dosyć. Kiedy wreszcie będzie koniec? Kiedy? Zatrzymujemy się na popas u tego samego pana co w drodze pod górę. Ucinamy sobie miłą pogawędkę, zbieramy siły i cóż lecimy dalej. Po drodze spotykamy przewodnika imieniem Ibrahim, który pomaga nam załatwić telefonicznie sprawy z biurem i wyjaśnia co zaszło z Mahmedem. Coraz bliżej do mety. Jeszcze tylko troszeczkę. W końcu docieramy do Imlil. Wyczerpani, ale cali i zdrowi. Jest po 20. Cały dzień intensywnego marszu i wspinania się. Ponad 15 godzin w ciągłym, bardzo wymagającym ruchu. Po kilku przebojach w biurze przewodników udaje nam się odzyskać nasze pieniądze i złożyć skargę na nieodpowiedzialnego Mahmeda. Jeden z pracowników, za niemałą opłatą, odwozi nas do Marakeszu.
>
>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz