Czas zabrać się za Toubkal. W tym celu łapiemy taksówkę i jedziemy do Imlil. W miasteczku musimy znaleźć biuro, w którym zarezerwowaliśmy sobie przewodnika. Jako że żadni z nas doświadczeni alpiniści doszliśmy do wniosku, że pomoc kompetentnej osoby przy wchodzeniu na górę o wysokości ponad 4000 metrów może być całkiem użyteczna. Czekając na naszego przewodnika pijemy herbatkę z pracownikiem biura. Po niedługiej chwili dołącza do nas młody mężczyzna imieniem Mahmed, który będzie nas prowadził po szlaku. Pierwszy etap, to przejście z miasteczka Imlil do schroniska Les Mouflons. Mamy do pokonania około 1400m wzwyż na odcinku jakiś 14km. Wyruszamy. Idziemy spokojnym tempem, pokonując łagodne, ale zdecydowanie odczuwalne wzniesienia. Nasz przewodnik cały czas jest jakieś 100m przed nami, co prawda zatrzymuje się wtedy, kiedy my to robimy, ale rusza dokładnie w tym samym momencie nie dając możliwości dołączenia do niego. A szkoda, bo czasem człowiek chciałby o coś zapytać albo posłuchać jakiś historii związanych z miejscem gdzie się znajduje. Mimo wszystko nie przejmujemy się tym nadmiernie. Widoki są piękne, droga zajmująca. Często mijają nas ludzie z mułami, jako tragarzami lub przewoźnikami turystów lub sami jadący na tych zwierzętach. Pozdrawiamy się z mijanymi wędrowcami. Cieszymy oczy otaczającą nas przyrodą. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymujemy się na popas. Po początkowym nieporozumieniu z właścicielem przydrożnego baru, zamawiamy u niego obiad i oczywiście dzbanek miętowej herbaty. Pan okazuje się przesympatycznym człowiekiem. Z pewnością gdyby tylko czas nam pozwolił zostalibyśmy dłużej i porozmawiali z panem na ciekawe tematy.
Po najedzeniu się kontynuujemy nasz trekking. Nasz przewodnik po krótkim czasie znowu zostawia nas w tyle. Jednak my niewiele sobie z tego robiąc idziemy swoim (dosyć wolnym) marszem. Ok, w zasadzie nas to trochę irytuje, tym bardziej, że kilkukrotnie prosiliśmy go żeby na nas zaczekał. Powoli też zaczyna dawać się we znaki zmęczenie, w końcu idziemy od dobrych kilku godzin, pnąc się pod górę. Nie odbiera nam to okazji do podziwiania kóz pasących się na zboczach gór. Kóz dużych i małych, czarnych i biszkoptowych, włochatych i takich niekoniecznie. Kóz, które bezustannie meczą. I to tak, że jak słychać je z oddali, to wydaje się jakby dziecko przeraźliwie płakało. I muły. Różnie umaszczone, niosące najrozmaitsze pakunki, turystów i tubylców w towarzystwie raz mniej raz bardziej sympatycznych opiekunów.
Wreszcie, po około sześciu godzinnej wędrówce, docieramy do schroniska. Znajduje się ono na wysokości 3207mnpm. Tutaj spędzimy noc. Trochę obawiamy się czy nie będzie zimno, bo temperatura w nocy ma spaść poniżej 10 stopni, a budynek nie jest ogrzewany. Meldujemy się w schronisku, rozkładamy swoje rzeczy na łóżkach i oglądamy miejsce, w którym nam będzie spędzić noc.
Przed budynkiem spotykamy czteroosobową grupę Polaków, ojca z synem i parę. Jak się okazuje, podobno nawet lecieliśmy tym samym samolotem. Ale mówiąc szczerze ja ludzi nie kojarzę. Oni zamiast w dormitorium rozbijają się na polu namiotowym należącym do schroniska – tym to dopiero może być zimno. Po tarasie kręci się starszy pan, osiemdziesięciolatek, Polak. Opowiada o swoich przychodach w górach, tutaj oczywiście wybrał się żeby zdobyć czterotysięcznik. (Czy w końcu wszedł na szczyt tego nie wiemy). Zaprzyjaźniamy się z grupką rodaków, wspólnie jemy kolację i żartujemy. Podano nam bardzo smaczną zupę z ciecierzycy (aż musiałam sprawdzić z której –icy

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz