Dojechaliśmy do Marakeszu. Poznawanie miasta trzeba zacząć od znalezienia noclegu. Zajrzeliśmy do kilku riad, ale w miarę szybko zdecydowaliśmy się na Jnane. Jeśli zastanawiacie się co to jest riad, to jest to rodzaj marokańskiego domu z patio w środku. Wiele z nich zostało zamienionych na pensjonaty. Zazwyczaj ma on dość kameralną atmosferę, kilka pokojów do wynajęcia, często jakąś wspólną przestrzeń na dachu i restaurację.
Po odświeżniu się i krótkim odpoczynku lecimy coś zjeść. Jest to w zasadzie nasz pierwszy prawdziwy posiłek w Maroku. Decydujemy się żeby zjeść coś tradycyjnego. Karol wybiera tagine (tadżin) – jest to potrawa przygotowywana w glinianym naczyniu o takiej samej nazwie, może być mięsna lub wegetariańska. Ja postanowiłam wziąć kuskus. O ile posiłek był naprawdę tani, o tyle mi nie smakował. Zarówno mój jak i Karola. Jemu też chyba nie przypadł do gustu obiad. Poczułam się rozczarowana. Pomyślałam sobie, że jak wszystkie dania będą tak smakować, to prawdopodobnie będę podczas tych wakacji chodzić głodna. No ale nic, nie ma co się rozczulać. Czas ruszać dalej.
Ogród Jardin Majorelle. Stworzył go francuski malarz Jacques Majorelle. Sprowadzał egzotyczne gatunki roślin, tworząc piękne kompozycje. Ogród był zawsze otwarty dla odwiedzających i wzbudzał w nich zachwyt. Niestety po śmierci malarza ogród został zaniedbany. Do czasu, kiedy odwiedził go Yves Sant Laurent i się w nim zakochał. Wówczas odkupił ogrody, odnowił je, sprowadził nowe gatunki roślin. YSL przywrócił dawną świetność temu miejscu.
Faktycznie ogród bardzo ładny, dużo różnorodnej egzotycznej roślinności, ścieżki i alejki biegnące w wielu kierunkach, oczka wodne, mozaiki na ścianach budynków. Wszystko ładnie, pięknie, ale… No właśnie pojawia się jakieś ale. Chyba po prostu po przeczytaniu tych wszystkich recenzji w internecie i przewodniku spodziewałam się czegoś więcej. Do tego w połowie zwiedzania dopadł mnie jakiś zły nastrój i tylko burczałam na wszystko (może głód? ;) ). Na szczęście w miarę szybko mi przeszło. Ruszyliśmy zatem dalej.
Teraz naszym celem właściwie było załatwienie kilku spraw organizacyjnych. Potrzebowaliśmy znaleźć jakieś biuro podróży, żeby zabukować sobie wycieczkę na pustynię. Po paru nieudanych próbach – albo brak biura w miejscu gdzie być powinno, albo niekompetentna i niesympatyczna obsługa – trafiamy do miejsca, która nam odpowiada. W dodatku udało się kupić wyjazd za znacznie niższą cenę niż u konkurencji – hura!! Dostaliśmy się do tego biura w dużej mierze dzięki „bardzo pomocnemu” panu. Pan pomocnik, kiedy zobaczył nas na drodze do suku (ichniejszego targowiska), zaproponował, że pokaże nam najkrótszą drogę do celu. W tak zwanym międzyczasie okazało się, że jednak prowadzi nas gdzie indziej niż byśmy chcieli. Mimo że próbowaliśmy się jakoś od niego oderwać nie udało nam się. W końcu jednak nas zaprowadził w miejsce, do którego chcieliśmy trafić (po nadłożeniu całkiem sporego kawałka drogi). Kiedy podziękowaliśmy mu za pomoc (pomoc…?), cały czas twierdził, że to żaden problem itp., poprosił o kasę. W momencie kiedy nie chcieliśmy mu dać, błyskawicznie zrobił się niemiły. Wręcz arogancki i butny. W końcu jak Karol dał mu jakieś marokańskie drobne żeby się odczepił, to jeszcze był oburzony, że nie dostał euro i w ogóle co tak mało. Na szczęście poszedł sobie, a my byliśmy wolni.
Kiedy wychodzimy z biura podróży, jest już w zasadzie późno. Nie mamy czasu oglądać tych wszystkich dobroci znajdujących się na suku. Ceramiki wszelkiego rodzaju – od tadżinów z załączonym podgrzewaczem, po łyżeczki do herbaty, koszule z ornamentowymi zdobieniami, suknie, buty, kapcie, lampy, torebki, poduszki, magnesy, breloczki, słodycze, owoce, warzywa. Czas coś zjeść i wracac do hotelu. Wybieramy restaurację z tarasem na dachu. Mamy widok na główny plac Marakeszu Jamal Fna, który o tej godzinie jest już bardzo zatłoczony, ruchliwy i gwarny. Zamawiamy jedzonko. Tym razem wybieram tadżin. Wołowina z suszonymi śliwkami i prażonymi migdałami. Po wcześniejszych przygodach trochę się obawiam tego, co dostanę. Kiedy podają danie, okazuje się, że jeszcze istotnym składnikiem jest cynamon. Całe szczęście potrawa tym razem jest przepyszna, po prostu niebo w gębie! Mniam…mniam… Na pewno zrobię coś podobnego po powrocie do domu. Delicja.
Po kolacji czas wracać do riadu na odpoczynek. Trzeba mieć siłę następnego dnia na podbój gór Atlasu.
czwartek, 21 września 2017
Marakesz
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz