czwartek, 24 listopada 2016
Thiruvananthapuram.
Thiruvananthapuram lub w skrócie Trivandrum. Pierwszego dnia idziemy do zoo. Duży ogród z wieloma ciekawymi zwierzętami. Zaczynając od orłów, bocianów, przez hipopotamy, nosorożce, jelenie po lwy, tygrysy i gepardy. Następnego dnia wybieramy się do pobliskiej Varkali. Miejsca gdzie są plaże z pięknymi klifami. Zjadamy tam lunch, kąpiemy się w morzu i zahaczamy o kilka sklepów z pamiątkami nie wychodząc z pustyni rękoma. Dzień bardzo szybko zlatuje i musimy wracać do Trivandrum. Łapiemy pociąg i wracamy do hotelu spakować się, następnego dnia lecimy na Malediwy. 

Kollam
Dziś czas na Kollam. Wsiadamy w pociąg i jedziemy. Po dotarciu do miasteczka wybieramy houseboat. Jak sama nazwa wskazuje dom-łódź. Ma salon, który jest głównym podkładem, sypialnie z łazienką i zaplecze kuchenne. Łódź którą wybieramy jest przepiękna i bardzo luksusowa. Kapitan porównał ją do hotelu 7 gwiazdkowego i coś w tym jest. Piękne drewniane wyposażenie stylizowane na starodawne. Do tego pyszne jedzenie kolacja i śniadanie, którego nie jesteśmy w stanie zmieścić. Dostaliśmy dla dwóch osób tyle jedzenia, że spokojnie cztery by się najadły, jeśli nie więcej. Niesamowita łódź, przepięknie było. 





sobota, 19 listopada 2016
Alappuzha. Kajaki
Zaczynamy dzień od pysznego śniadania za rogiem. Omlet i naleśniki są świetne. Z racji że mamy jeszcze trochę czasu i okoliczności temu sprzyjają postanawiam nieco pobiegać. 3km na boso po plaży. Wracam zmęczona i spocona jak świnia, ale tego mi było trzeba. Szybki prysznic i czas jechać na kajaki. 7h pływania po kanałach i kanalikach backwatersów. Oprócz nas płyną jeszcze trzy kajaki. W jednym przewodnik, w pozostałych dwóch dwie brytyjskie pary. Jedna w wieku ok 50 lat, druga mniej więcej w naszym wieku. Jak się okazuje później są w trakcie swojego miesiąca miodowe (który de facto trwa 3 miesiące) i zwiedzają Azję. Ok 13 zatrzymujemy się na lunch we wiosce leżącej nad kanałem. Jedzenie jest niesamowite. Wygląda super, a smakuje wyśmienicie. Cztery różne rodzaje sałatek, ryż, dwa sosy, ryba, ogromna krewetka. Do tego do picia kokos i zjedzenie go na deser. Pyszności. Mamy też możliwość zrobienia sobie zdjęcia z orłem (Fish eagle), który siedzi sobie na pobliskim płocie. Tacy obżarci ruszamy dalej kajakować po urokliwych kanałach, wpływami w coraz węższe kanaliki, gdzie momentami trzeba się położyć w kajaku żeby przepłynąć pod jakąś przeszkodą. Na koniec jeszcze dostajemy przekąski w postaci bananów zapieczonych w jakimś cieście i kulek z ciasta bananowego, wszystko zrobione w głębokim oleju, do tego herbata na mleku. Czas wracać do siebie i ogarnąć transport do kolejnego miejsca.

















Alapuzha
Łapiemy rano autobus do Alappuzha. O dziwo jest wcześniej niż powinien. Kiedy podchodzi do nas kontroler żeby sprzedać bilet okazuje się, że ten autobus nie jedzie do Alappuzha tylko do Kottam. Na całe szczęście to niedaleko naszego miejsca docelowego, więc zostajemy w autobusie. Kiedy dojeżdżamy bierzemy publiczny prom i płyniemy do Alappuzha. Podróż trwa około 3 godzin i biegnie uroczymi kanałami backwatersów. Mamy mnóstwo czasu żeby podziwiać okolicę. Taka przyjemność kosztowała nas 15 rupii od osoby, a gdybyśmy zamiast publicznego transportu użyli jakiejś Łodzi turystycznej, to zapłacilibyśmy ok 400 rupii za godzinę od osoby. Po trzykilometrowym marszu z ciężkimi plecakami znajdujemy nocleg w przepięknym miejscu przy samej plaży. Na patio są hamaki, do oceanu zaledwie ok 100 m. Restauracja, która znajduje się za ścianą hotelu serwuje pyszne jedzenie. Ryba podana w liście bananowca. 



















Kumily. Plantacje.
Dzisiaj czas na oglądanie plantacji przypraw, herbaty i kawy. Wycieczkę zaczynamy razem z Robinami. Dowiadujemy się jak rosną ananasy, kurkuma, pieprz, banany, ryż, kakaowiec, bazylia, oregano czy imbir. Ciekawie wygląda kwiat bananowca, fajnie smakują surowe owoce kawy. Na koniec kupujemy aromatyczne przyprawy. Tutaj żegnamy się niestety z Robinami i jedziemy na plantacje herbaty. Tam przewodnik nam opowiada o całym procesie, oglądamy fabrykę i rzucamy okiem na samą plantację. Z ciekawostek w fabryce, w której jesteśmy nie robią herbaty liściastej, a jedynie granulowaną albo w proszku. Sprzedają ją na rynek lokalny - 700 ton rocznie. Później zostaje nam jeszcze plantacja kawy. Tam tylko spacerek i mnóstwo pająków dookoła. Wieczorem wyprawa po parę pamiątek i czas się pakować i spać. 










czwartek, 17 listopada 2016
Kumily. Bamboo rafting
Rano ruszamy do dżungli na bamboo rafting. Spotykamy się z przewodnikami w Periyar Wildlife Sanctuary. Tam zaczynamy trekkingiem po dżungli. Idzie z nami bodajże ośmiu przewodników w tym jeden ze strzelbą. Poznajemy okoliczną florę i szukamy zwierząt. Większości i tak nie znam po polsku, ale było kilka ciekawych okazów zaczynając od dużych pająków, czarnych małp, jakiś białych wodnych ptaków, słonia w oddali po stworzenie wydrowate (red mongus), jakiegoś orła, dziki czy bizony. Docieramy do miejsca, w którym wsiadamy na bambusowe tratwy - dosłownie, z zamontowanym drewnianymi ławkami. Podpływamy na chwilę na tiger camp, gdzie można odbyć 2 lub 3 dniową wyprawę do dżungli, że spaniem pod namiotami. Obozowisko jest otoczone wielkim rowem i można się do niego dostać tylko po małej bambusowej kładce. Zabieramy z niego kapoki i płyniemy dalej naszymi bambusowymi tratwami po sztucznym jeziorze zrobionym przez Brytyjczyków w 1895 roku. Płyniemy dobra chwilę, a kiedy wsiadamy jest czas na lunch na trawie pod drzewami. Kiedy wszyscy się już najedli ruszamy znowu do lasu. Miałam nadzieję, że może się uda zobaczyć jakiegoś tygrysa, chociaż z bardzo daleka. Ale jedyne co udaje nam się znaleźć to ślad pazurów tygrysa na drzewie, wydawane głęboko bruzdy w korze sięgające do wysokości ok 2m - to musiało być duże zwierzę. Po trekkingu jest czas na chwilę relaksu. Okazuje się, że można pływać w tym jeziorze, bo woda jest wystarczająco czysta. Jakie to było przyjemna, orzeźwiająca kąpiel. Ale niewiele osób korzysta z tej możliwości. Karol w końcu jednak się decyduje. Pływając poznajemy bardzo sympatyczna i ciekawą parę. On jest Brytyjczykiem, ona pochodzi z RPA. Mieszkają i pracują w Arabii Saudyjskiej. Oboje są weterynarzami i noszą to samo imię Robyn i Robin. Umawiamy się z nimi na wspólną kolacje. Po relaksie czas wracać. Płyniemy ta samą drogą. Kawałek za tiger camp'em zostawiamy nasze bambusowe tratwy i idziemy pieszo do miejsca w którym startowaliśmy. Wieczorkiem spotykamy się z Robinami przed domem i idziemy do pobliskiej restauracji. Super nam się z nimi rozmawia. Podróżują w różne zakątki świata, lubią dużo opowiadać, szczególnie ona. Tematy do rozmów się nie kończą. Do tego okazuje się, że ona jeździ konno - kolejne wspólne zainteresowanie. I z ciekawostek oboje zrobili pełnego ironmana, ona biegała ultra. Ciężko mieć z kimś więcej wspólnych hobby :).



środa, 16 listopada 2016
Kumily.
Kumily. Wsiadamy na dworcu autobusowym z zamiarem znalezienia noclegu. Mamy konkretny upatrzony z przewodnika. Po drodze zaczepia nas facet proponując swoją kwaterę (nic dziwnego tutaj). Spytawszy o cenę decydujemy się sprawdzić oferowane pokoje. To był strzał w dziesiątkę. Pokój na prawdę bardzo ładny, czysty. Widok na ogród świetny, a w fotelu-huśtawce na naszym balkonie się zakochałam. Nawet myślałam o kupnie takiego i przetransprtowaniu go jakoś (pocztą?) do domu, ale nie znalazłam rozsądnego rozwiązania. Po obiedzie postanowiliśmy się wybrać na elephant junction pojeździć na słoniu. Po jeździliśmy trochę na słoniu, co sprawiło mi spora radość, Karolowi mniej że względu na lek wysokości. Później mogliśmy jeszcze nakarmić słonia, a następnie wykopać innego. Na sam koniec jeszcze jedna atrakcja - kąpiel. Siedząc na grzbiecie słonia, ten zaburza trąbę w wodzie i opryskuje osobę na grzbiecie. Fajna przygoda, jednak spodziewałam się że będzie to w nieco bardziej dzikich warunkach. A tutaj to wyglądało trochę jak przejażdżka na koniu dookoła stajni, poczęstowanie go marchewką i umycie pod szlauchem (w tym wypadku spacer na słoniu po terenie ośrodka - dzunglowy lasek i mycie słonia w basenem z brudna wodą). Co nie zmienia faktu, że mi się podobało i uważam że warto było to zrobić. Zaraz po tym pojechaliśmy na pokazy tradycyjnych sztuk walki - Marital arts, Kalaripayattu. Początkowo niespecjalnie ciekawe, ale w efekcie końcowym bardzo interesujące. Chłopaki dawali radę. Bijąc się mieczami i tarczami tak że leciały iskry, robiąc figury gimnastyczne, które mogły świadczyć o braku kręgosłupa, wywijając pochodniami czy wreszcie skacząc przez płonące okręgi. 










Subskrybuj:
Posty (Atom)