czwartek, 17 listopada 2016

Kumily. Bamboo rafting

Rano ruszamy do dżungli na bamboo rafting. Spotykamy się z przewodnikami w Periyar Wildlife Sanctuary. Tam zaczynamy trekkingiem po dżungli.  Idzie z nami bodajże ośmiu przewodników w tym jeden ze strzelbą.  Poznajemy okoliczną  florę i szukamy zwierząt.  Większości i tak nie znam po polsku, ale było kilka ciekawych okazów zaczynając od dużych pająków, czarnych małp, jakiś białych wodnych ptaków, słonia w oddali po stworzenie wydrowate (red mongus), jakiegoś orła, dziki czy bizony. Docieramy do miejsca, w którym wsiadamy na bambusowe tratwy - dosłownie, z zamontowanym drewnianymi ławkami.  Podpływamy na chwilę na tiger camp, gdzie można odbyć 2 lub 3 dniową wyprawę do dżungli, że spaniem pod namiotami. Obozowisko jest otoczone wielkim rowem i można się do niego dostać tylko po małej bambusowej kładce. Zabieramy z niego kapoki i płyniemy dalej naszymi bambusowymi tratwami po sztucznym jeziorze zrobionym przez Brytyjczyków w 1895 roku. Płyniemy dobra chwilę, a kiedy wsiadamy jest czas na lunch na trawie pod drzewami. Kiedy wszyscy się już najedli ruszamy znowu do lasu. Miałam nadzieję, że może się uda zobaczyć jakiegoś tygrysa, chociaż z bardzo daleka. Ale jedyne co udaje nam się znaleźć to ślad pazurów tygrysa na drzewie, wydawane głęboko bruzdy w korze sięgające do wysokości ok 2m - to musiało być duże zwierzę. Po trekkingu jest czas na chwilę relaksu. Okazuje się, że można pływać w tym jeziorze, bo woda jest wystarczająco czysta. Jakie to było przyjemna, orzeźwiająca kąpiel. Ale niewiele osób korzysta z tej możliwości.  Karol w końcu jednak się decyduje. Pływając poznajemy bardzo sympatyczna i ciekawą parę. On jest Brytyjczykiem, ona pochodzi z RPA. Mieszkają i pracują w Arabii Saudyjskiej. Oboje są weterynarzami i noszą to samo imię Robyn i Robin. Umawiamy się z nimi na wspólną kolacje. Po relaksie czas wracać. Płyniemy ta samą drogą. Kawałek za tiger camp'em  zostawiamy nasze bambusowe tratwy i idziemy pieszo do miejsca w którym startowaliśmy. Wieczorkiem spotykamy się z Robinami przed domem i idziemy do pobliskiej restauracji. Super nam się z nimi rozmawia. Podróżują w różne zakątki świata, lubią dużo opowiadać, szczególnie ona. Tematy do rozmów się nie kończą.  Do tego okazuje się, że ona jeździ konno - kolejne wspólne zainteresowanie. I z ciekawostek oboje zrobili pełnego ironmana, ona biegała ultra. Ciężko mieć z kimś więcej wspólnych hobby :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz