środa, 16 listopada 2016

Kumily.

Kumily. Wsiadamy na dworcu autobusowym z zamiarem znalezienia noclegu. Mamy konkretny upatrzony z przewodnika. Po drodze zaczepia nas facet proponując swoją kwaterę  (nic dziwnego tutaj). Spytawszy o cenę decydujemy się sprawdzić oferowane pokoje. To był strzał w dziesiątkę.  Pokój na prawdę bardzo ładny, czysty. Widok na ogród świetny, a w fotelu-huśtawce na naszym balkonie się zakochałam.  Nawet myślałam o kupnie takiego i przetransprtowaniu go jakoś  (pocztą?) do domu, ale nie znalazłam rozsądnego rozwiązania. Po obiedzie postanowiliśmy się wybrać na elephant junction pojeździć na słoniu. Po jeździliśmy trochę na słoniu, co sprawiło mi spora radość, Karolowi mniej że względu na lek wysokości. Później mogliśmy jeszcze nakarmić słonia, a następnie wykopać innego.  Na sam koniec jeszcze jedna atrakcja - kąpiel.  Siedząc na grzbiecie słonia, ten zaburza trąbę w wodzie i opryskuje osobę na grzbiecie. Fajna przygoda, jednak spodziewałam się że będzie to w nieco bardziej dzikich warunkach. A tutaj to wyglądało trochę jak przejażdżka na koniu dookoła stajni, poczęstowanie go marchewką i umycie pod szlauchem (w tym wypadku spacer na słoniu po terenie ośrodka - dzunglowy lasek i mycie słonia w basenem z brudna wodą). Co nie zmienia faktu, że mi się podobało i uważam że warto było to zrobić. Zaraz po tym pojechaliśmy na pokazy tradycyjnych sztuk walki - Marital arts, Kalaripayattu. Początkowo niespecjalnie ciekawe, ale w efekcie końcowym bardzo interesujące.  Chłopaki dawali radę.  Bijąc się mieczami i tarczami tak że leciały iskry, robiąc figury gimnastyczne, które mogły świadczyć o braku kręgosłupa, wywijając pochodniami czy wreszcie skacząc przez płonące okręgi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz